„Pot i krew”
- Ile to już dni na nich czekamy? – rzekł Reinard, otwierając drzwi komnaty – Spójrzmy prawdzie w oczy mój mistrz uciekł! Stary tchórz, chciał, żebym sam wziął na siebie odpowiedzialność. Kapłani Shalyi w Bögenhafen? Też mi coś! Równie dobrze mógłby szukać pomocy w Tilei albo w Nowym Świecie.
- Błagam cię, zaczekaj. Baron z pewnością sprowadzi pomoc. Dajmy mu jeszcze jeden dzień – powiedziała służąca, zamknąwszy za sobą drzwi Chwilę później podeszła do łóżka Wilhelma.
- Gdyby nie ta jego brawura, gdyby nie głupia, szlachecka odwaga – wysyczał młody medyk, sięgając po swoją torbę – musiałeś bić się o honor jakiejś minstrelki? Bić się, zresztą rozumiem, ale żeby wyciągać na nich miecz? – dodał, po czym spojrzał smutnym wzrokiem na nieprzytomnego szlachcica. Już z dala można było wyczuć, że ręka powoli zaczyna cuchnąć. Rany klatki piersiowej goiły się ładnie, jedynie w ranę dłoni Wilhelma wdało się zakażenie.
- Wiesz sam, Panie, jacy oni są. Każdy von Horn najpierw dba o swoją reputację, dopiero potem myśli o życiu.
- Nie rozumiem, jak grożenie czterem pijakom mogło mu przynieść chwałę. To raczej zakrawa na spektakularną próbę samobójstwa. Zrobiłby wszystkim przysługę, gdyby rzucił się z okna, strzelił sobie w ten arystokratyczny łeb. Cholera, mógł się zaciągnąć do wojska, milej by mu się konało na polu bitwy. W ślicznym mundurze, wśród podobnych do niego miłośników mocnych wrażeń. Nie pociągnąłby za sobą nikogo.
- Proszę, zaczekajmy tylko tę jedną noc, choć do rana ...
- Wilhelmie, słyszysz mnie? Zaciśnij na tym zęby, postaram się, żeby ból był jak najmniejszy – rzekł, wciskając w usta von Horna drewniany kołek. Służąca podeszła do stolika, po czym namoczyła w stojącej na nim misce wody kawałek bandaża.
- Panie, będziesz skończony. Baron nie pozwoli odejść wolno człowiekowi, który odjął rękę jego pierworodnemu. Nigdy nie będziesz mógł leczyć – wyjąkała, przecierając płótnem spoconą twarz rannego – Błagam, zaczekaj na kapłanów.
- Zakażenie się rozszerza, jeśli nic nie zrobię, zabije mnie za to, że pozwoliłem mu umrzeć. Muszę. W przeciwnym razie z pewnością dam głowę – powiedział, sięgając po narzędzia. Wiedział, że musi być szybki i precyzyjny. Gdy wyjął piłę, służąca zamilkła, wyszła z komnaty, po czym zatrzasnęła za sobą drzwi.
Tak też stało się, że w noc Hexenstag roku dwa tysiące pięćset dwunastego, Reinard von Hagen pozbawił prawicy dziedzica rodu Horn, Wilhelma, podrzynając tym samym –gardło swej świetnie zapowiadającej się karierze medyka.
* * *
To miał być normalny patrol. Też mi coś, kurwa. Od momentu, kiedy zaczęło padać wiedziałem, że to nie będzie zwykła przejażdżka. Trakt, w oficjalnych dokumentach opisywany jako „wygodny” i „przejezdny”, w przeciągu kilku dni miał zamienić się w bagienko. Zastanawiałem się, ile lat minie, zanim zabiorą się za naprawę dróg. Tymczasem, cholerna jesień jak zwykle zaskoczyła strażników dróg.
Wczorajszy dzień pozostał jedynie miłym wspomnieniem. Kiedy rankiem przybył goniec, wiedzieliśmy, że kolejny będzie dużo gorszy. Solidny jak nigdy obiad, widok Łasicy z kluczami do zbrojowni i klnącego Sierżanta potwierdziły tylko nasze obawy. Kapitan nie raczył ruszyć tłustego tyłka. Wydał rozkazy o tyle dziwne, że mieliśmy zabrać ze sobą dwójkę nowych powierzył dowództwo Sierżantowi i wrócił do domu, do wielkiej matrony, którą formalnie nazywał kochającą żoną. My tymczasem ruszyliśmy w deszcz.
Mniej więcej od siedmiu miesięcy, czyli od momentu pojawienia się w okolicy bandy Czarnego, każdy patrol oznaczał nieustające drżenie rąk, modlitwy, zaś na wyjściu żegnanie się z rodzinami, dziwkami, przyjaciółmi i kogo tam jeszcze ludzie mieli na mieście. Gratis dostawaliśmy zaczątki paranoi, nerwic i wszystkich innych klątw, jakie zsyłają na ludzi bogowie w chwilach zagrożenia. Spokój wracał dopiero kilka godzin po wyjeździe, a wraz z nim przychodziły tradycyjne, sprośne żarty, wychylane jeden za drugim kubki taniego, kwaśnego wina, potem tradycyjna, spokojna senność. W końcu niełatwo przestraszyć ludzi, którzy pogodzili się z wizją bolesnej, gwałtownej śmierci. Nie było chyba w historii strażnika, łudzącego nadzieje doczekania chwili przejścia na emeryturę.
Czarny był ponoć największym, najbardziej paskudnym orkiem, jakiego kiedykolwiek widziały ludzkie oczy. Nikt z okolic Bögenhafen nie miał wątpliwości, że ten zielonoskóry skurwiel był klątwą, jaką rzucili na okolicę bogowie. Pytanie brzmiało: Tylko zesłaną za co? Jego banda spaliła już trzy wsie, rozbiła pół tuzina patroli, załatwiła z dziesięciu cesarskich kurierów… Zamordowanych wieśniaków i przechwyconych karawan nikomu nie chciało się liczyć. Mieliśmy podobne problemy wcześniej, ale nigdy nie zdarzało się, żeby taka duża grupa dała radę kryć się po lesie dłużej niż miesiąc. Tym razem nie pomogło nic – myśliwi nie znajdowali śladów, psy nie podejmowały tropu Nawet ściągnięty z Nuln czarodziej wzruszył ramionami, pobełkotał coś i wrócił do siebie. Zamiast przejmować się widmową bandą Czarnego, wszyscy udawali, że nic złego się nie dzieje. Wszyscy, prócz Julii, młodej wdowy po baronie Weißstein, do której należały te trzy spalone wsie. Mniej więcej co miesiąc słała do kapitana listy, domagając się wzmocnienia patroli i wytropienia orka. Listy szły dalej, ale jak to zazwyczaj bywa – urzędnicy woleli debatować o tym, czy opłacić poważniejszą akcję, zamiast zacząć działać. Kto wie, może nikt nie raczył nawet do nich zajrzeć?
- Kufel… jajko… śledzie… O, a teraz słoik marynowanych, chleb, kiszone i flaszka krasnoludzkiej… - mruczałem cicho do siebie patrząc, jak na niebie powstają i znikają coraz to dziwniejsze kształty. Obserwacja chmur, przyjmujących różne, fantastyczne kształty była podczas patroli jedyną rozrywką. No, może poza robieniem kawałów nowym – próbowali się wkupić w łaski oddziału przemyconym winem. Na darmo. Musieli odcierpieć swoje, podobnie jak każdy wcześniej. Niestety, nie było okazji do solidniejszych żartów, musieliśmy się zadowolić widokiem twarzy niższego w momencie, gdy płyn w bukłaku okazał się szczynami Coro Ramosa, a nie wodą. Niedoszły Tileańczyk, fałszywy z urodzenia, charakteru i aparycji, śmiał się z tego najdłużej. Pewnie dlatego, że wciąż miał w pamięci smak sików Długiego…
Gdyby nie jego głupia brawura, Długi byłby teraz dowódcą. Nigdy nie chciał zapinać tarczy. Wolał machać tym swoim olbrzymim mieczem, zamiast zadbać o ochronę. Trzeba było przyznać, że robił nim lepiej niż niejeden zakonny, że o cesarskich miecznikach nie wspomnę. Szkoda chłopa, zginął w zasadzce miesiąc temu, trafiony trzema bełtami. Dał jednak nam szansę przeżyć, dzięki niemu wyczailiśmy pochowanych kuszników. Napastnicy umierali długo i w cierpieniu, do ostatniej chwili mając nadzieję, że przerwiemy zabawę i ich aresztujemy. Zabili najlepszego z nas, musieli odkupić to zębami, krwią, flakami i, przede wszystkim, bólem.
- Piękne cacko. Moja maleńka, jeszcze nigdy mnie nie zawiodłaś – szepnął Coro, po czym zaczął cmokać paskudnie wyglądający pistolet. Znosiliśmy ten dziwaczny rytuał już prawie pół roku, to znaczy od momentu, kiedy Ramos dołączył do oddziału. Mówił o sobie niewiele, ale… Każdy z nas miał swoje sekrety. Twierdził, że jest tileańskim szlachcicem, zmuszonym do ucieczki z kraju po tym, jak został wmieszany w jakąś paskudną intrygę. Śmialiśmy się do łez, słysząc jak po raz kolejny opowiada nam historię swojego wygnania – mylił imiona, wymyślał coraz to nowe wersje. Sam twierdził, że udoskonala swoją przeszłość. Z drugiej strony, ja też nigdy nie powiedziałem o sobie prawdy.
Jedynym, co Coro miał prawo mieć wspólnego z Tileą, mogła być nieco ciemniejsza, niż u mieszkańców Imperium karnacja, czarne, przylizane tłuszczem włosy, wielka miłość do wina oraz sakramentalne „mi scuci”, którym raczył nas za każdym razem, kiedy coś zbił albo przewrócił. Coro miał wielki talent do zrzucania różnych rzeczy ze stołów.
- Mamy zostawić cię sam na sam z ukochaną? – powiedziałem, otrząsając się z otępienia. Każdy z nas, prócz nowych, nauczył się już spać w siodle z otwartymi oczami.
- Spadaj, Kosa. Jesteś zimne bydle, nie potrafisz zrozumieć uczucia między bronią a jej właścicielem – zaśmiał się Ramos. Po chwili spojrzał na moją szablę, uśmiech od razu opuścił jego twarz – No, w sumie może rozumiesz. Ale dziwne, że nie okazujesz jej swoich uczuć. Wiesz przecież, jakie fochy potrafią stroić baby – dodał cicho, szukając wzrokiem pani kapral.
- Sierżancie… - zaczął nagle jeden z nowych, wskazując do przodu. Dowódca podniósł dłoń, nakazując wszystkim wstrzymać konie. Kilkanaście ciał i coś, co wyglądało na resztki zwierzoczłeka leżało na drodze jakieś sto jardów przed nami. Pobojowiska podobne do tego widzieliśmy nie raz, jednak po raz pierwszy spotkaliśmy się z atakiem na ciężko zbrojnych – trzy trupy miały na sobie napierśniki, jeden był w pełnej zbroi płytowej. Mutanci i banici preferowali łatwiejsze cele, woleli grabić kupieckie karawany i wieśniaków, nierzadko wolących uciec, tracąc może majątek, ale zachowując życie. Zacząłem cicho mamrotać modlitwy, prosząc w duchu Sigmara by napastnicy okazali się zwykłymi mutantami a nie bandą Czarnego. Albo, żeby ten sukinkot leżał gdzieś między innymi. Zamilkłem słysząc, że nowi poszli za moim przykładem i ruszyłem powoli do przodu.
Podjechaliśmy, starając się wyłapać wszelki ruch. Obserwowaliśmy drogę, las i same trupy. Sierżant kiwnął na Łasicę. Pani kapral płynnym ruchem zeskoczyła na ziemię, wyjęła kuszę, po czym ruszyła w stronę linii drzew, przeklinając pod nosem los strażników dróg, których parszywym obowiązkiem było pchać się w zasadzkę. Zbliżyłem się i zatrzymałem się przy pierwszym z ciał, leżącym kilkadziesiąt stóp bliżej od pozostałych.
Spojrzałem na dziewczęcą, niewinną twarz przebitego strzałami mutanta. Miała drobne, wąskie usta, niewielki nos, regularne rysy twarzy i gęste, kasztanowe włosy. Gdyby nie gadzia, pokryta łuskami skóra przedramion i kończące się trzema palcami dłonie, w niczym nie różniłaby się od innych ludzi. Była piękna. Oczy spoglądały tępo przed siebie, z wyrazem jakby niedowierzania, ale i wyrzutem. Spytałem sam siebie, czy to wola bóstw chaosu sprawiła, że ta biedna, kilkunastoletnia dziewczyna ruszyła do walki przeciw swoim, czy też zmusili ją do tego jej bliscy, przepędzając z rodzinnej wsi w momencie, gdy zaczęła się przemieniać, każąc za zbrodnię, której nie popełniła? Może ta twarz była ostatnim żartem natury, jedyną pozostałością człowieka w przemienionym mutacjami ciele o umyśle drapieżnej bestii? Pytania, jak zwykle, pozostały bez odpowiedzi – w końcu martwi, na szczęście, mało kiedy mówią.
- Kosa, przestań tak dumać i chodź tu, szybko. Mamy żywego! – krzyknął Ramos.
Leżał tam, oparty o drzewo. Oddychanie sprawiało mu wielką trudność, krew lała mu się po długich, smoliście czarnych włosach i gęstej brodzie. Płyta napierśnika była powgniatana w kilku miejscach, kolczuga popruta. Zauważyłem jego broń – miecz, który dla mnie z pewnością byłby dwuręcznym, wciąż tkwił w lewej dłoni rycerza, zaś prawą skrytą miał pod tarczą. Coro zeskoczył z wierzchowca, wyjął z juków bukłak z wodą, po czym podbiegł do rannego. Kiedy odchylił tarczę, pobladł, jak zresztą i pozostali. Mężczyzna nie miał prawej dłoni, w jej miejscu tkwiła piękna połączona z tarczą proteza –wykonana ze stali, zaciśnięta pięść.
Ręce zaczęły mi się telepać nerwowo drżeć. To musiał być on – czarnowłosy, z herbem przedstawiającym byka na tarczy przyczepionej paskami do kończącej się kikutem ręki. Wilhelm, przyszły Pan na zamku Horn, pierworodny barona Lothara, zwany Żelazną Pięścią. Człowiek, któremu dziesięć lat temu amputowałem dłoń. Syn szlachcica, który zniszczył moje życie.
- Rein, pospiesz się, to nie wygląda najlepiej – powiedział Coro, klęcząc przy rycerzu. Zsiadłem i ruszyłem powoli, rozglądając się nerwowo, ignorując ponaglające spojrzenia pozostałych. Nikt nie powiedział, że tamci musieli sobie pójść. Gdybym chciał złowić jeszcze kilku ludzików, z pewnością nie wahałbym się użyć na wabia szlachcica. Zwierzoludzie mają zazwyczaj na tyle oleju w zmutowanych łbach, by nie atakować grupy zbrojnych, zadowalając się atakami na kupców, wieśniaków i tabory cyrkowców, jednak ci, którzy urządzili tą masakrę musieli czuć się bardziej pewnie. Nie ma sensu ryzykować bez potrzeby, zwłaszcza że to ryzyko mogło się zmienić w ostrze topora Czarnego, wystające z własnych pleców. Swoją drogą, miałem nadzieję, że w ciągu tych kilku sekund von Horn wykituje.
Nie wykitował. Co gorsze, wyglądało na to, że krwotok już dawno ustał. Razem z Coro zdjęliśmy z niego resztki pancerza, kaftan i koszulę. Ciało szlachcica znaczyło kilka draśnięć, siniaki i jedno dość płytkie cięcie – nic, od czego dałoby się umrzeć. Wilhelm patrzył na nas podejrzliwie… Tak, pamiętałem te zimne, stalowe oczy. To musiał być on.
- Nie bój się Panie, nie spotka cię krzywda. Zajmiemy się twoimi ranami. Nie są groźne, z pewnością przeżyjesz. Ramos, uciśnij tutaj, tylko mocno. – powiedziałem, pokazując mu miejsce nad raną. Kiedy tylko go złapał, von Horn jęknął, zacisnął szczęki i wywrócił oczami. Tak, jak się spodziewałem, ból był zbyt duży, by zachował przytomność.
- Mi scuci, herr szlachcic. Kosa, ty to celowo zrobiłeś, prawda? Wiedziałeś, że go zaboli? – burknął, uśmiechając się szelmowsko.
- Jasne. Niecierpię, jak mi się pacjent wije, zwłaszcza taki, przyszły pan baron – odpowiedziałem, wstając. Podszedłem do wierzchowca i zacząłem grzebać w jukach w poszukiwaniu torby. Cholera, było tam wszystko, od starej szmaty, przez puste butelki, na świecach kończąc. Torba oczywiście tkwiła na dnie.
- Czyli to on, żelazna łapa? – rzekł Ramos, oglądając herb.
- Jasne. Przyszły pan baron. Sukinkot jeden.
- Ty, a co on ci winny? – burknął Sierżant, zbliżając się z resztą chłopaków.
- Oni wszyscy tyle samo warci. Szlachta, też mi coś – dodałem. Coro i Łasica od razu zrozumieli żart, zaczęliśmy się śmiać razem z Sierżantem. Nowi patrzyli na nas zbaraniali – nie byli jeszcze wtajemniczeni. Nie mieli pojęcia, że do połowy oddziału niegdyś zwracano się per „jaśnie Panie”.
* * *
Wszelkie znaki, jakiem napotkał na swej drodze, świadczyły o mym pechu. Już w dniu wyjazdu jasne się stało, iż powierzona mi misja jest traktowana jak coś niepotrzebnego – zapewne tak samo, jak niechciana była w mieście ma obecność. Garstka nędznych oprychów, których dowódca nazwał strażnikami dróg nijak nie mogła dopomóc w ochronie lady Julii. Tradycyjnie, wszystko zrzucono na barki szlachty. Ludzi mówiących o prawie do wolności, bredzących o potrzebie zniesienia naszych praw, nadaniu chłopom ziemi i ogólnej równości powinni powiesić w ładnym rządku, najlepiej na drodze z Middenheim do Altdorfu.
Wkrótce po przebudzeniu zrozumiałem, że konni, których wziąłem za banitów, to znajomi obdartusów żrących teraz piach, dumnie nazywających się strażnikami. Mając do wyboru dowodzić trupami lub nimi zdecydowałem się jednak zaryzykować – odpiąłem powyginany pancerz, wstałem szybko, po czym rzekłem:
- Wilhelm von Horn. Przejmuję dowodzenie.
Jak się spodziewałem, słowa me podziałały jak płachta na byka. Wyglądający na Tileańczyka człowiek zazgrzytał zębami, ktoś z tyłu splunął, jeszcze z dalsza dwóch zaklęło. Dowódca podszedł do mnie, uśmiechnął się lekko, po czym szepnął:
- Naturalnie, panie. Jesteśmy do usług – w jego spojrzeniu było coś więcej, niż zwykła złość. Tkwiła tam groźba, obietnica śmierci w przypadku, gdybym okazał się marnym dowódcą. Skinąłem lekko głową, dając mu znak, iż rozumiem, co ma na myśli.
- Ten, który stoi przy mutantach, to nasz oddziałowy medyk. Zwiemy go Kosa. Pani przy nim jest moim zastępcą, na imię jej Agata. Ten tutaj zwie się Coro, jak się nazywają ci z tyłu, nie pamiętam, są nowi. Mnie nazywają Sierżantem, jeśli jednak życzysz sobie zwracać się do mnie po imieniu, brzmi ono Kurt. – dodał po chwili.
- Dobrze. Musimy się spieszyć, do majątku Weißstein czeka nas spory kawałek drogi. Pojedziecie ze mną, będziemy eskortą lady Julii w drodze do Bögenhafen. Jeśli zostaniemy zaatakowani i zginę, zabierzcie listy z mojej torby i dostarczcie je wdowie po baronie – powiedziałem wiedząc, że po mojej śmierci prędzej spalą te papiery, niż zapuszczą się w głąb majątku Weißsteinów. Warto jednak było spróbować, wyglądali może na mniej karnych, niż ci, których miałem wcześniej do pomocy, z pewnością jednak przewyższali ich inteligencją. Liczyłem na to, że odwagą również.
- Lordzie, jesteśmy gotowi do drogi – burknął człowiek zwany Kosą, podając mi wodze jednego z koni. Szczęśliwie, mieli ze sobą luzaka.
- W drogę!
* * *
Prawie wszystkim, których napotykaliśmy wydawało się, że Łasica to nic innego, jak kurwa w mundurze, dziewczyna lubiąca mocne wrażenia, ze szczególną ciągotą do mundurów i wojskowych. Niektórzy nie bali się z niej żartować – sądzili pewnie, że staniemy po ich stronie. Nic bardziej mylnego. Łasica była najbardziej porządna z nas wszystkich. Podziwiałem jej przywiązanie do starych nawyków – codzienną toaletę, treningi, grę na fujarce, zapisywanie kolejnych stron pamiętnika. Dzięki tym rytuałom, dzięki niezwykłej dbałości o drobiazgi dnia codziennego byliśmy w stanie zatrzymać w pamięci resztki naszego dawnego życia, wspomnienia dawnych dni, zwanych przez wszystkich starymi, dobrymi czasami.
Dlatego też każdemu cwaniakowi, robiącemu nieprzyjemne uwagi Łasicy, twardzielowi myślącemu, że jedyne o czym pani kapral marzy, jest kolejny ogier między udami, pokazywaliśmy jak bardzo się myli. Jedna uwaga, jedno zdanie wystarczały, byśmy zaczęli łamać nosy, podbijać oczy i wybijać zęby. Łasica śmiała się tylko, dwornie kłaniała i prosiła, żeby następnym razem nie przesadzać. Ale, do cholery, przecież nigdy nie przesadziliśmy!
Von Horn był pierwszym szlachcicem od początku traktującym Agatę fair. Zdziwiłem się, bo raz, że był szlachcicem a ci mają wpisane we krwi, że kobiety są gorszą formą życia, nieudanym eksperymentem bogów mającym na celu stworzenie mężczyzny i dwa, pani kapral była żołnierzem a jedynymi babami, jakie rządzący traktują w miarę uczciwie, są ich własne żony i córki.
Dlatego zdziwiłem się widząc Łasicę i Wilhelma, jadących z przodu, rozmawiających niemal przez całą drogę do Hiljagen, wsi, w której mieliśmy się zatrzymać na nocleg. Zaskoczony byłem zresztą nie tylko ja, bo zamiast obrzucać Łasicę stertą wyzwisk, wyśmiać nieudolne próby zachowania zgodnego z etykietą, ignorował wrzucane od czasu do czasu przekleństwa, mówić per „pani kapral”, traktować praktycznie jak równą sobie. Cwaniak, wiedział jak wkupić się w łaski oddziału, na pewno miał do czynienia z takimi jak my niejeden raz. Żalu o to nie mogłem mieć – skoro był w porządku wobec nas, dlaczego mielibyśmy mu się odwdzięczać kosą pod żebro?
Może dlatego, że jego ojciec zniszczył moje życie…
* * *
Na nocleg zatrzymaliśmy się w napotkanej wsi. Zapadła dziura, garstka rozrzuconych dookoła niewielkiego placyku, chylących się ku upadkowi, krytych strzechą chat, banda przypominających szkielety chłopów, stado szczekających psów i dwóch śpiących na stojąco strażników łączyła się, tworząc osadę, której nazwę zapomniałem w chwilę po tym, jak podjechaliśmy pod karczmę. Tak, była i gospoda, choć jedynym, co odróżniało ją od reszty domostw był nadłamany, wiszący na przerdzewiałych łańcuchach szyld. Bezimienny karczmarz podawał podłe, śmierdzące jedzenie w glinianych miskach. Nie dziwiło mnie, że nikt nie skarży się na jakość pożywienia. Ktoś, kto przez całe życie żre podobne świństwa, będzie uważał je za najsmaczniejszą rzecz na całym świecie.
Nie znaczy to jednak, że miałem zamiar pozwolić gospodarzowi traktować mnie jak chłopa. Jedno spojrzenie, niosące ze sobą zarówno rozkaz, jak i groźbę, lekki ruch ręki wskazujący na stół, który chciałem zająć wystarczyło, by karczma w krótkim czasie opustoszała. Po chwili pojawił się dzban z reiklanderem, bochen chleba i olbrzymi kawał szynki.
- Panie, już szykuję posiłek. Posilcie się tymczasem mięsem i chlebem – wydukał, wycofując się w stronę kuchni.
Wieczór, niczym przypływ, nadchodził powoli, kolejnymi falami wymywając dzień, zabierając światło oraz ciepło i przynosząc w zamian senność wraz z chłodnym wiatrem, barwiąc błękitne niebo coraz ciemniejszymi odcieniami do chwili, gdy po ostatnim pociągnięciu czarną farbą rozsypał po sklepieniu dwie garści gwiazd. Siedzieliśmy wewnątrz karczmy sącząc dobre, ciemne piwo, smakując wyśmienitą pieczeń i rozmawiając. Napełniając fajkę po raz kolejny, wsłuchując się w opowieść Coro, z wypiekami na twarzy relacjonującego wyimaginowany pojedynek, rzekomo będący powodem jego wygnania, zacząłem zazdrościć strażnikom ich życia. Nie wiem, czy sprawiły to kolejne kufle reiklandera, czy też magia chwili - choć miałem świadomość, że każdy z nich ma minimalne szanse dożyć do czterdziestki, pragnąłem choć na kilka dni schować szlachecki pierścień, uwolnić się od obowiązków i, jako zwykły człowiek, podróżować z takimi jak oni, z grupą gotowych oddać za siebie nawzajem życie przyjaciół. Na myśl o celu mej misji zaczęło dręczyć mnie poczucie winy. Mimo, iż ryzyko było olbrzymie, szansa przeżycia minimalna, poczucie obowiązku zwyciężyło nad powoli rodzącą się więzią z oddziałem Sierżanta.
- Sądziłem, że powodem twojej ucieczki była nieplanowana ciąża księżniczki Julietty – powiedział Reinard, wyrywając mnie z otępienia. – Mówiłeś nam nie dalej, jak dziesięć dni temu, że to z powodu tej niezwykłej piękności, tego, jak sam mówiłeś „klejnotu koronnego” oraz głodnego krwi męża musiałeś uciekać z kraju. Więc jak, jednak pojedynek?
- Kosa, nie masz pojęcia o czym mówię. Jak zwykle, nawet nie potrafisz dobrze mnie zacytować. Mówiłem wyraźnie, pojedynek był następstwem mojego… romansu. Facet był bez wątpienia nasłany przez księcia.
- Ej, to jednocześnie wysłał go jakiś tam zdradzony książę, a mścił się za brata tak gratis? – dodała Agata z szyderczym uśmiechem – Zdecyduj się, bo sama nie wiem, jak mam cię tytułować: „mini-książę”, „ex-hrabia”, czy też „królem kłamstw”?
- Szkoda z wami gadać. Pijani jesteście – wydukał Coro, wychylił kubek piwa, po czym obrócił się nagle do mnie i rzekł – No, ale lord Wilhelm na pewno zrozumiał całą historię i orientuje się, w jak niewygodnym położeniu jestem, prawda?
- Bez wątpienia twe obecne położenie jest niezwykle niewygodne. Rzekłbym również, że nigdy jeszcze nie słyszałem równie przejmującej, równie złożonej i równie spójnej historii wypowiedzianej z ust wygnańca – odparłem.
- A ile takich historii jaśnie pan miał okazję posłuchać? – zapytał jeden z nowych.
- Ta jest oczywiście pierwsza – dodałem, po czym wszyscy, prócz Ramosa patrzącego na mnie z wytrzeszczonymi oczami, wybuchli śmiechem.
- Panie Wilhelmie, jaka jest zatem twoja historia – powiedział Coro, gdy emocje opadły – moją, choć może nie w ostatecznej wersji, znają już wszyscy. Agata jest siedemnastą córką biednego barona, wolącą zaciągnąć się do straży, niż niańczyć grupkę bachorów, oczekując na rozwiązanie kolejnej ciąży. Sierżantowi podwinęła się w wojsku noga, przegrał bitwę, której przegrać się nie dało, pozwalając w ten sposób pochlastać za jednym zamachem siedemnasty regiment, wspaniale zapowiadającą się karierę oraz zmuszając rodzinę, o wiekowej tradycji wojskowej, by się go wyparła. Nowi gówno wiedzą i tyle samo mają do powiedzenia o sobie a Kosa… ten to chyba czcił kiedyś diabły, bo nawet po pijaku nie mówi o swojej przeszłości. Każdy znaczący ma coś o sobie do opowiedzenia. Zatem, skoro dziś jesz, pijesz i palisz razem z nami, może opowiesz swoją historię?
- Nie ma za bardzo o czym mówić – powiedziałem po chwili zastanowienia – Czuję jednak, że jestem winien historię, opowiem zatem o losach mojego bardzo dobrego znajomego. Wyobraźcie sobie młodego, ambitnego chłopaka. Ma kilkanaście lat, jest synem wpływowego człowieka, wychowywanym w poczuciu własnej wartości, mającego ogromne marzenia i jeszcze większe oczekiwania względem świata. To głupiec, który zaplanował sobie całe życie, od wielkiej, szczęśliwej miłości, przez dziesiątki lat wspaniałej kariery, po bohaterską śmierć na polu bitwy, w służbie Imperium. Pewnego dnia popija piwo w niewielkiej, podobnej do tej, karczmie. Przyjechał tam, ponieważ kelnerką w tej gospodzie była dziewczyna, w której kochał się na zabój - młoda, niewinna, pozbawiona szans na utrwalenie miłość, o której tylko cudem nie dowiedział się jego ojciec. Tego dnia odkrył, że jego ukochana jest przy nadziei, za jego sprawką. Oczywiście, normalnie w takim przypadku szlachcic nie przejmuje się przybyciem na świat bękarta, jego ojciec po prostu spłaca dziewkę, jednak chłopiec będący bohaterem tej opowieści, paskudnie w dziewczynie zakochany, zdecydował się zataić wszystko na jakiś czas. Podkradał swemu ojcu pieniądze, odkładał je w nadziei, że jeśli zbierze ich wystarczająco dużo, będzie w stanie uciec, wyjechać do Marienburga, znaleźć miejsce na płynącym do Nowego Świata statku, na miejscu zaś spróbować ułożyć sobie życie.
Niestety, w karczmie prócz chłopca przesiadywali dwaj drwale, przepijając kolejne szylingi. Jeden z nich, o czym młodzieniec wiedział, kochał się w jego wybrance. Po kolejnym kuflu, gdy alkohol dodał mu odwagi, zaczął ją zaczepiać. Początkowo dogadywał, potem próbował obejmować, gdy zaś wylała mu kufel piwa na głowę, wyzwał od szlacheckich kurew i uderzył, z całej siły w brzuch, potem w twarz. Coś chrupnęło, dziewczyna osunęła się bezwładnie na ziemię, brocząc krwią z nosa i uszu. Chłopiec podszedł do niej, ze łzami w oczach spojrzał na wykręconą pod nienaturalnym kątem głowę, zamknął jej oczy, po czym wyjął rapier. Tamci obnażyli swoje noże. Dzieciak, choć walczył zacięcie, choć miał do czynienia z pijakami, nie miał szans. Minutę później osunął się na ziemię. Kałuża krwi pod jego ciałem rosła i rosła… Drwali pochwycono kilka dni później, zawiśli na drzewie zanim ciało dziewczyny zostało złożone w ziemi. Nie wiem, co stało się z moim przyjacielem – słyszałem, że choć udało się ocalić jego życie, lekarz, który nim się opiekował, nie zdołał uratować jego dłoni. Okaleczony rycerz służy teraz ponoć w wojsku, nie cieszy się jednak najlepszą opinią. Nie bardzo ma co robić – mieczem dwuręcznym robić nie może, ogólnie radzi sobie gorzej, niż inni. Na honorze ma paskudną plamę, bo nie dość, że zrobił dziecko jakiejś służce, to na dodatek niżej cenił sobie szlachectwo niźli miłość. Ogólnie, ma przejebane.
Zapadła cisza. Siedzieliśmy, wpatrując się w tańczący płomień świecy. Jeden z nowych ziewnął. Coro zaczął chrapać…
* * *
- Jaki piękny poranek! – powiedział Coro, wygrzebując się spod sterty siana.
-…wa mać, zaiste przezajebisty – odparłem, próbując złożyć koc. Noc w stodole, choć dość wygodna, była niczym w porównaniu z odpoczynkiem na najpodlejszym nawet wyrku. Niestety, te, które zwykle karczmarz rezerwował dla nas, zajął jaśnie pan. Dowódca nie chciał słuchać propozycji upchnięcia całego oddziału w sali noclegowej gospody – lord miał spać smacznie i wygodnie a my mieliśmy spierdalać do stodoły. Cóż, dobre i to.
Wyszedłem z budynku, dopinając pas z bronią. Poranek powitał nas mile – słońcem i pozbawionym chmur, błękitnym niebem. Dzień zapowiadał się na leniwy, spokojny i gorący. Kury przechadzały się leniwie po wiosce, stukając dziobami o ziemię, nieustannie gdakając. Kogut nerwowo rozglądał się po podwórku, zerkając nerwowo na każdego przechodzącego nieopodal jego stadka, od czasu do czasu strosząc pióra lub piejąc, jakby mówił w ten sposób „stary, nic z tego, dzisiaj rosołu nie będzie – veto!”. Młoda służka wieszała pranie, prężąc się w miły dla oka sposób. Ech, prawdziwa sielanka. Gwoli wyjaśnienia – sielanka, w terminologii strażników znaczy mniej więcej „cisza przed burzą”.
Wszyscy czuliśmy się podobnie. Idąc w stronę karczmy zauważyłem Sierżanta. Sapał głośno, starając się zapiąć paski kolczugo kaftana. Musiał mieć cholernie dobry powód, żeby to zrobić, zwłaszcza w tak ciepły poranek, zwiastujący zapewne piekielnie gorący dzień. Łasica siedziała przy płocie, sprawdzając mechanizmy kuszy, wymieniając czopy i zakładając nową cięciwę. Robiła to dość często, zwłaszcza od czasu ataku na grupkę banitów jakiś rok temu, kiedy zaciął się jej spust – zebrała dwie strzały, zanim dorwaliśmy ostatniego z łuczników. Miała szczęście – jeden pocisk wbił się jej w bok, drugi drasnął lewą łydkę, ale obie rany, z odrobiną mojej pomocy ładnie się zagoiły. Mądra dziewczyna, wiedziała, że Opatrzność, jak zwykła mówić o bogach, może z niej kiedyś zrezygnować, pozostawić samą sobie a wtedy lepiej mieć ze sobą sprzęt, na którym można polegać.
Wszedłem do głównej izby gospody. Skryte w półmroku zasłoniętych okiennic i ledwo jarzących się światłem polan paleniska pomieszczenie kusiło chłodem, lecz przede wszystkim wonią posiłku, jaki karczmarz przygotował nam na pożegnanie. Była to, jak zwykle, tłusta, gęsto obdarowana cebulą, boczkiem i ziołami jajecznica, prawdziwe arcydzieło, łączące w sobie mistrzostwo smaku z prostotą przyrządzenia takiej potrawy. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego wielcy panowie Imperium przedkładali wykwintne żarcie ponad genialne w swojej prostocie, lecz niezrównane w smaku pomysły pochodzących z plebsu kucharzy. Wyniosłość? Głupota? Zazdrość? Zapewne wszystko po trosze. Gdybym miał stanąć na czele rewolucji, bronią mą byłaby sól, łyżka i widelec, rycerzami niziołki, zaś żołnierzami karczmarze. Polami bitew, miejscami, w których nastąpiłby przewrót uczyniłbym pałacowe kuchnie. Niestety, nie dorosłem do bycia wodzem w wojnie o jajecznicę, choć bez wątpienia dojrzał mój głód – usiadłem na krzywym, trójnogim stołku i zacząłem pochłaniać śniadanie. Chleb był czerstwy a boczek zbyt tłusty. Jak zwykle zresztą.
Wyruszyliśmy szybciej niż zwykle, bo przed południem. Wilhelmowi spieszyło się wyraźnie do baronowej, bo zanim skończyliśmy jeść, konie, wyczyszczone i nakarmione przez stajennych już na nas czekały. Wraz z wierzchowcami czekało na nas słońce, obiecując towarzyszyć nam tego dnia niemal do zmroku. Jazda pod bezchmurnym niebem w pełnym ekwipunku nie uśmiechała się zarówno nam, jak i zwierzętom, miała jednak swoją dobrą stronę – trakt, choć na chwilę przestał być błotnistą drogą przez mękę.
Podzieliliśmy się, jak wcześniej: nowi jechali przodem, Sierżant, Łasica i Wilhelm w środku, zaś ja i Ramos z tyłu. Przez pierwsze pięć mil musiałem znosić jego narzekanie – poranne golenie, codzienny rytuał Coro okazał się być tym razem wyjątkowo krwawym i bolesnym obrzędem. Krwawiący z licznych skaleczeń, w tym z imponującej rysy na pół podbródka („Cholerny dzieciak, potrącił mnie w połowie cięcia” – tak skomentował tą „ranę” Ramos) narzekał na wszystko: słońce, tępe brzytwy, tępych wieśniaków, ciężką służbę, swojego konia i tysiąc innych rzeczy. Gdy wyliczył wszystko, co mogło mu dokuczać zamilkł, popadając w dobrze nam wszystkim znany trans. Mnie tymczasem zaczęły absorbować chmury, które w między czasie miały odwagę pojawić się na niebie, przesuwając się teraz ponad naszymi głowami.
- Korona… koniczynka… konik… - zacząłem na nowo swoją wyliczankę.
Skoro dzień zaczął się od porządnego posiłku, potem czekały na mnie chmury, to, co nadeszło potem było wręcz pewnikiem. Mniej więcej na godzinę przed zmierzchem, dwie mile od zajazdu dotarliśmy do kolejnego pobojowiska. Blisko dwa tuziny trupów – w większości zwierzoludzkich, choć naliczyłem osiem normalnych ciał w barwach von Hornów. Kilkanaście wbitych w pnie strzał, powalone na drogę drzewo, zdeptane krzaki… to wszystko zbyt mocno przypominało orczą zasadzkę, bym mógł żywić nadzieję, że zrobił to ktoś inny. Coro zeskoczył z wierzchowca, nachylił się nad najbliższym z zabitych, dotknął plamę barwiącą na czerwono ziemię na której leżał trup.
- Jeszcze nie zakrzepła! – krzyknął. Usłyszałem szelest z lewej strony. Łasica zareagowała błyskawicznie, podnosząc kuszę i posyłając bełt między drzewa. Syknęła ze złości, zeskoczyła z konia, po czym płynnym ruchem naładowała broń.
- Ork. Chybiłam – rzuciła do Sierżanta kładąc na łożu bełt.
- Panie, znaleźliśmy coś – powiedzieli nowi, pokazując na jedno z końskich trucheł. Była to estalijska kasztanka, o bogato zdobionym, wykonanym z jasnej skóry, damskim siodle i zdobionej srebrem uprzęży. Wbita w bok, ułamana włócznia barwiła na czerwono biały kropierz, jednak widać było wyraźnie fragment herbu Weißsteinów. Był to bez wątpienia wierzchowiec szlachcianki.
- To chyba nie jest jej koń? – wydukał Coro.
- Nie będę was oszukiwał. Wysłano mnie po to, bym ze strażnikami, których trupy widzieliście wcześniej oraz moimi ludźmi, czyli ciałami rozwleczonymi tutaj, zajęli się Czarnym i jego bandą. Wygląda na to, że baronowa nie zaczekała na mnie, zgodnie z obietnicą i wyruszyła w drogę sama. Nigdzie nie widać jej ciała, jest więc szansa, że z resztą ludzi ścigają orcze niedobitki, choć sądzę jednak, że zabrali ją i kilku innych, by pobawić się nimi w swoim czasie. Jeśli ruszymy od razu, może zdążymy zanim będzie zbyt późno – powiedział Wilhelm. Staliśmy przez chwilę, milcząc. Nie od razu dotarło do nas to, co powiedział. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego pyta nas, czy mu pomożemy, dlaczego prosi o pomoc zamiast rozkazać? Czyżby tak nisko nas cenił? Bał się, że jesteśmy tchórzami, za nic mającymi rozkazy, dbającymi jedynie o swoje bezpieczeństwo?
- Dobra, pełno tu świeżych trupów, zwłaszcza orczych. Jeśli mamy mieć kiedykolwiek szansę ich załatwić, to właśnie teraz. Jestem w stanie zaryzykować – rzekłem na wpół świadomie. Pozostali skinęli potwierdzająco. Ruszyliśmy w las.
* * *
Biegłem już jakieś pięć minut. Ciężar broni, tarczy i resztki zbroi wyciskał ze mnie ostatnie siły. Dyszałem, czując bicie serca. Gdzieś po prawej zobaczyłem Kosę, po lewej mignęła mi Łasica. Po chwili przyspieszyłem, słysząc krzyk kobiety. Przed nami pojawiła się niewielka polana. Agata wbiegła na jej środek, wycelowała i strzeliła z kuszy. Po chwili zatrzymałem się na skraju linii drzew, obserwując sytuację. Po drugiej stronie przecinki, przy niewielkim głazie, leżała baronowa, ze skrępowanymi dłońmi i zakneblowanymi ustami. Ciało psiogłowego zwierzoczłeka leżało nieopodal – z jego piersi wystawał bełt. Rozejrzałem się w poszukiwaniu kolejnych przeciwników. Przecież nie zostawialiby tak cennego jeńca z tylko jednym strażnikiem…
Poczułem uderzenie, po chwili kolejne ciosy. Ktoś albo coś wytrąciło mi z ręki broń, kopniak posłał mnie na ziemię. Dwie pary silnych niczym imadło dłoni wykręciły mi ręce, uniemożliwiając jakiekolwiek ruch. Kątem oka dostrzegłem ich właścicieli – dwóch mutantów, o gadopodobnej, łuskowej skórze. Spomiędzy drzew wyszedł Czarny – żaden inny ork nie mógł mieć ośmiu stóp wzrostu, żaden nie byłby na tyle silny, by móc władać zakończoną żelazną kulą z kolcami maczugą, jaką trzymał w prawej dłoni. Odziany na czarno, okryty kolczugą, sprawiał paskudne wrażenie kogoś, kogo nie da się pokonać w walce wręcz. W czerwonych oczach dostrzegłem błysk inteligencji. Tak, ten potwór z pewnością jest ich wodzem pomyślałem obserwując, jak rozcina szlachciance więzy i podaje Julii leżącą nieopodal kuszę. Obróciłem głowę na prawo – dwóch zwierzoludzi wyszło spomiędzy drzew, ciągnąc Reinarda za ręce. Jeden z nich rzucił na ziemię szablę i krótki łuk z kołczanem. Łasica stała na środku polany, patrząc na wszystko z niedowierzaniem.
- Nie szarpcie się, to nic wam nie da. Nie macie szansy na ucieczkę. Moi ludzie przetrząsają w tej chwili okolicę w poszukiwaniu waszych kumpli… - baronowa zamilkła, słysząc dźwięk wystrzału, jaki nagle poniósł się po lesie – o, chyba ich znaleźli – dodała z uśmiechem. Łasica skoczyła ku niej, wyszarpując z cholewy sztylet. Wiedziałem, że nie zdąży, miałem jednak świadomość, że chciała spróbować. Nawet gdyby dobiegła, nie miałaby z Czarnym żadnych szans. Julia wystrzeliła z kuszy, raniąc strażniczkę w ramię i wytrącając broń. Baronowa syknęła ze złością widząc, że bełt jedynie drasnął Łasicę. Przeładowując, skierowała swój wzrok na moją twarz. Musiała dostrzec na niej wyraz zdziwienia, braku zrozumienia dla powodów, które kazały stworom chaosu słuchać jej rozkazów, ani dlaczego strzeliła do młodej strażniczki. Musiała poczuć chęć wytłumaczenia się, po chwili mówiąc:
- Nie dziw się, to nie przypadek. Już wkrótce wybuchnie wojna, jednak nie dla pieniędzy, wpływów ani władzy. Chaos zaleje Imperium masą szalonych z wściekłości i żądzy krwi bestii, mających przed sobą tylko jeden cel – zniszczyć ludzi, zabić wszystkich, którzy staną im na drodze. Tryby maszyny ruszyły już dawno, już niedługo każdego, kto nie będzie po ich stronie, czekać będą jedynie tortury i śmierć. Kapłani wiedzą o tym od dawna, ale nikt nie chce ich słuchać. Elektorzy wolą użerać się ze sobą, nie widzą wiszącego nad nimi zagrożenia. Powiedz mi, jak mogłam odmówić propozycji zabezpieczającej nie tylko moje życie, ale i włości? Zdrada to puste słowo, kiedy alternatywą jest utopienie się w morzu krwi.
- To od początku byłaś ty. Listy, ponaglanie, spalone wsie – wszystko tylko po to, byśmy tracili kolejne patrole, by wywołać zamęt – powiedziałem, patrząc tępym wzrokiem przed siebie. Elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, pokazując wcześniej ukryty obraz, wizerunek zdrady i mających nadejść w krótkim czasie wojny, a wraz z nią krwi, zniszczenia i śmierci.
- Oczywiście. Lwa trzeba pozbawić kłów i pazurów, zanim się go wyda na pastwę hien i szakali – zaśmiała się Julia. Skinieniem głowy pokazała trzymającym nas zwierzoludziom i mutantom, by wzmocnili ucisk. Powoli, z dostojeństwem podeszła do Agaty. - Widzisz, w nowym świecie może znaleźć się dla ciebie miejsce. Nie musisz tu umierać, tak jak oni. Jeśli zechcesz, możesz pójść ze mną do zamku, kiedy z nimi skończę. Pierwsze miesiące na pewno nie będą miłe, ale jeśli okaże się, że jesteś przydatna i dowiedziesz, że zależy ci na naszej sprawie, z pewnością zostaniesz… awansowana – dodała baronowa do próbującej zatamować krwawienie strażniczki. Rana a właściwie draśnięcie, była niegroźna, jednak krew wciąż wypływała z rozcięcia.
- Nie – wyjąkała cicho Łasica.
- To twoja ostatnia szansa. Powinnaś docenić moją propozycję, względem tamtych nie będę tak wspaniałomyślna – odparła szyderczym tonem Julia. Widząc, jak dziewczyna opuszcza głowę, przybrała poważną minę. – Zatem według życzenia szlachetnej pani – dodała, odkładając kuszę.
- Powiedz mi tylko jedno. Dlaczego? – rzekłem cicho, patrząc na Łasicę. Agata spojrzała na mnie – w jej wzroku dostrzegłem smutek i żal. Choć z pewnością pogodziła się ze śmiercią, jestem pewien, że nie chciała umierać w ten sposób. Zginąć w walce, ratując towarzyszy byłoby o wiele łatwiej, niż tak, jak owca prowadzona na rzeź.
- Widzisz, mój drogi, to kwestia matematyki. Przyłączając się do silniejszej strony jedynie zwiększam przewagę. Mam dość stania po stronie przegranych, nawet jeśli ceną za zdradę ma być pewna… przemiana – powiedziała, spoglądając w oczy Łasicy. W jej prawej dłoni pojawił się niewielki sztylet o wąskim ostrzu. Zawyłem, próbując wyrwać się mutantom. Ten z lewej pokazał mi, że nie warto się szarpać, uderzając moją twarz otwartą dłonią. Policzek zapiekł. Spojrzałem na lewo, Kosa, wyrywający się mocniej zbierał teraz razy od pilnujących go zwierzoludzi. Poczułem niemoc, po raz pierwszy w życiu zdałem sobie sprawę, że jestem bezsilny, że nie mogę zrobić absolutnie nic, by uratować strażniczkę.
Baronowa, od dłuższej chwili w milczeniu rysująca szpicem sztyletu krwawe linie na skórze dziewczyny, odezwała się ponownie, nie do mnie jednak a do Łasicy – Cóż ci przyszło z tej marnej służby, z wypełniania rozkazów, których znaczenia nie rozumiałaś nie tylko ty, ale wydający je ludzie? Nie czeka cię sława, zaszczyty, bogactwo, tylko ból, walka i śmierć. Co takiego sprawia, że wolisz stanąć w obronie tego marnego, stojącego u progu zagłady Imperium? – rzekła, spoglądając w oczy Łasicy.
- Zachowam swą duszę, pani. Duszę i honor – powiedziała cicho Agata. W kącikach jej oczu zalśniły łzy.
- Według życzenia – wysyczała szlachcianka, wbijając ostrze w gardło strażniczki. Kosa zawył, jeszcze raz próbując się wyszarpnąć z uścisku zwierzoludzi. Ci wymienili porozumiewawcze spojrzenia, pokiwali głowami, po czym na powrót zaczęli bić Reinarda. Baronowa wyszarpnęła sztylet z szyi martwej Łasicy, po czym wstała.
- Teraz twoja kolej – powiedziała do mnie, uśmiechając się szeroko.
Była to ostatnia rzecz, którą powiedziała w swym krótkim, pełnym wrażeń życiu.
* * *
Sierżant pojawił się dosłownie znikąd. Poczułem, dwa szarpnięcia i dłonie, wyłamujące mi ręce ze stawów poluzowały. Bestie osunęły się na ziemię – z szyi jednego wystawał sztylet dowódcy, drugi trzymał się za rozdarty ciosem topora brzuch, starając się powstrzymać wnętrzności przed wydostaniem się na zewnątrz. Usłyszałem dwa strzały i mutanci, trzymający von Horna padli z bełtami z plecach. Nowi, cali w mule i krwi wybiegli spomiędzy drzew, odrzucając kusze. Złapałem leżącą dwa kroki ode mnie szablę i ruszyłem za Sierżantem, biegnąc w stronę baronowej. Dopiero teraz dostrzegłem, że jest ranny – kula pozbawiła go oka, roztrzaskała mu chyba wszystkie kości w lewej połowie twarzy.
Czarny widząc, co chcemy zrobić, ruszył do przodu. Odbiłem na lewo, Sierżant na prawo. Krzyknął – Zarżnij sukę – gdy ork skręcił w jego stronę. Trzy uderzenia serca później byłem już przy niej, gotowy do zadania ciosu. Wiedziałem, że nie ma zielonego pojęcia o walce – mając sztylet powinna skrócić dystans i pchnąć, zamiast się cofać. Uderzając usłyszałem krzyk Sierżanta. Zanim głowa Julii, z wyrazem wielkiego zdziwienia, upadła na ziemię, odwracałem się już w stronę Czarnego. Sierżant leżał przy drzewach. Krew rozlewała się wielką kałużą wokół niego.
- Zabił go, skurwiel – wysyczał Coro, który nagle pojawił się przy mnie. Ork szedł powolnym krokiem, podnosząc powoli czerwony od krwi buzdygan. Zatrzymał się, widząc Wilhelma, szarżującego na niego tym swoim olbrzymim mieczem. Schylił się, unikając zamaszystego cięcia. Von Horn, wykorzystując impet, obrócił się dookoła własnej osi, wyprowadzając kolejny cios. Czarny, zbyt wolny by przesunąć się na lewo zaryczał, gdy ostrze przeszyło jego bok, zagłębiając się na kilka cali w ciele, nie powstrzymało go to jednak przed wyprowadzeniem uderzenia, mierzonego na prawy bok rycerza. Ten instynktownie, zapominając o olbrzymiej sile przeciwnika, sparował maczugę tarczą. Cios był tak silny, że tylko cudem zachował równowagę, jednak wypuścił miecz. Zaczął się cofać, unikając lub zbijając kolejne uderzenia Czarnego.
- Zrób coś, kurwa. On go zaraz zabije – krzyknąłem do Ramosa, rozglądając się za jakąś kuszą. Nagle przypomniałem sobie o tym paskudztwie, które Tileańczyk cały czas nosił przy sobie. – Zastrzel go, kurwa, zastrzel! – wyryczałem, potrząsając Ramolem. Ten, blady, skinął głową i sięgnął po broń.
- Cholera jasna. Niedobrze, niedobrze – powiedział Coro podnosząc drżącą dłonią pistolet. Czarny nie zwracał na niego uwagi, raz za razem uderzając tarczę cofającego się rycerza. Bęc, bęc… tarcza brzęczała złowieszczo gdy buzdygan trafiał ją, gnąc metal. Wilhelm słabł z każdą sekundą, bladł i pocił się, parując kolejne ataki.
- Kurwa, mówiłeś, że ona jeszcze nigdy cię nie zawiodła. Strzelaj! – krzyknąłem widząc, jak kolejny, wyprowadzony z dołu cios trafia w podstawę osłony rwąc paski tarczy, odrzucając ją daleko na prawo, rzucając van Horna na ziemię.
- Bo jeszcze nigdy z tego nie strzelałem! – wrzasnął Ramos, mierząc do orka. Czarny wzniósł broń do kolejnego ciosu… buzdygan zaczął opadać w stronę rycerza… Coro nacisnął spust.
Klik.
Nic się nie stało.
Przeraźliwy wrzask Wilhelma rozniósł się po lesie. Krew ze zmiażdżonej buzdyganem ręki trysnęła na wszystkie strony, zraszając trawę, Czarnego i twarz Coro. Tileańczyk stał nieruchomo, rozszerzonymi ze strachu oczyma spoglądając na zmiażdżoną rękę rycerza. Ork uśmiechnął się, po czym spojrzał w naszą stronę. Dzieliło nas może dwadzieścia stóp.
Żołądek podjechał mi do gardła, ręce zaczęły dygotać. Uciekaj, zostaw go i uciekaj. Masz jeszcze szansę – podpowiadało mi moje starsze, mądrzejsze ja. Wahałem się przez ułamek sekundy, ale wtedy stanęła mi tamująca ranę ramienia Łasica, ze strachem spoglądająca na sztylet baronowej, przypomniałem sobie Sierżanta, mimo odstrzelonej połowy twarzy szarżującego na mutantów, wspomniałem resztę chłopaków i ich ofiarę. Poświęcili się dla nas.
- Nie, kurwa – krzyknąłem uderzając Coro w twarz – Uciekaj albo walcz! – wyryczałem, wyszarpując broń. Ramos spojrzał na mnie, skinął głową, po czym sięgnął po swoje sztylety.
- Bierz go z lewej – wysyczał, odskakując od orka.
Trwało to może pięć sekund. Skoczyłem do przodu, nurkując nisko pod tą wielką maczugą, tnąc kosą po kolanie i wbijając nóż w bok. Cholerny pancerz, ostrze ześlizgnęło się po kółkach kolczugi. Przesuwałem się na prawo i do tyłu, za plecy Czarnego, kiedy Coro wbił swoje sztylety – jeden prosto między żebra, drugi w żołądek. Musiał wykorzystać cały impet swojego ciała, całą swoją siłę, żeby przebić zbroję. Niestety, nie dało mu to jakiejkolwiek szansy na obronę. Ork uderzył z zamachu, trafiając go w mostek, druzgocząc kości, zmieniając flaki w miękką papkę. Ramos jęknął tylko cicho i upadł, martwy. Czarny zaczął się odwracać, wiedział jednak, że jest za późno. Pierwsze cięcie pozbawiło go broni. Drugie mierzone w łydki zmusiło orka do klęknięcia. Obszedłem go, charczącego i plującego krwią, spojrzałem w przekrwione, wciąż lśniące od nienawiści oczy, po czym podniosłem kosę i uderzyłem.
Jeszcze raz.
I jeszcze.
Za nowych.
Za Łasicę.
Za Sierżanta.
Za Coro,
… za von Horna.
* * *
Świat na powrót domagał się mojej obecności. Świadomość, a wraz z nią olbrzymi ból ciała, wracała powoli, niczym ścierwnik, leniwie wynurzający się z toczonego przez siebie ciała. Spróbowałem poruszyć lewą ręką i od razu pożałowałem tej decyzji. Błyskawica bólu przeszyła moje ciało, wyciskając powietrze z płuc, wytrzeszczając mi oczy i zaciskając szczękę.
- Nie ruszaj się – burknął Reinard, zakrywając swoim płaszczem zwłoki Coro.
- Nigdzie się nie wybieram – odparłem, obserwując jak podchodzi, mijając trupa Czarnego. Nachylił się nade mną, po czym wyjął z cholewy buta niewielki kozik- Wiesz, nigdy nie podziękowałem ci za uratowanie mi życia – powiedziałem, gdy rozpruwał nożem rękaw jego kaftana. – I nie chodzi mi o to, co robisz teraz – dodałem, uśmiechając się na widok upadającego w błoto ostrza.
- Znasz mnie? – rzekł drżącym głosem – Od początku wiedziałeś kim jestem?
- Niezbadane są wyroki Pana. Sigmar pragnął, aby nasze ścieżki przecięły się na powrót. Widzę, że nie bez powodu – odparłem, spoglądając na swe strzaskane ramię. Bladoróżowe żyłki mięsa mieszały się z bielą i szarością kości, czerwienią sączącej się powoli krwi, czernią grudek ziemi. Patrzyłem na pulsujące życiem żyły, na płaty skóry, zwisające z tego, co wcześniej było moim lewym przedramieniem. Ból był teraz czymś odległym, tkwił na granicy świadomości, nie paraliżując członków, nie mącąc myśli. Patrzyłem na resztki swej jedynej ręki z coraz większą fascynacją. Po chwili obróciłem głowę. Nasze spojrzenia się spotkały. Reinard pokiwał ze zrozumieniem, uśmiechając się smutno. Po chwili wstał i ruszył w kierunku leżącej nieopodal torby.
- Rozumiem, że domyślasz się, co powinienem teraz zrobić? – odparł, wyjmując starą, lekarską torbę z brązowej, popękanej skóry.
- Tak, myślę, że wiem – powiedziałem obserwując jak na kawałku płótna rozkłada swoje narzędzia. Po chwili wyjął z torby niewielką butelkę. Odkorkował ją, po czym wylał połowę zawartości na noże. W powietrzu rozniósł się zapach hochlandzkiej brandy – Rozumiem, że z niej nic już nie będzie. Trzeba spiłować, prawda?
- Sam widzisz, tu nie ma czego ratować. Ale… - głos nagle uwiązł mu w krtani.
- Nie martw się, tym razem możesz odrąbać mi całą rękę, nikt nie będzie cię za to winił. To wyrok Sigmara, próba… a może kara za próbę, której nie przeszedłem?
- Twój ojciec obedrze mnie żywcem ze skóry, jeśli to zrobię.
- Mój ojciec jest teraz najmniejszym problemem. Gorzej będzie z jej rodziną. Tnij.
- Straciłeś dużo krwi. Amputacja to niekoniecznie najlepszy sposób.
- Jeśli nic nie zrobisz, stracę jeszcze więcej. Tnij.
- Nie gadaj tyle, bo się spocisz.
- Tnij!
- Dobra. Zaciśnij zęby. Postaram się zrobić to jak najszybciej.
- Nie gadaj, tnij!
- - - - - - - - - - - -
Opowiadanie to przestawiłem kilka miesięcy temu na konkurs Zamku Drachenfels, niestety nie zostało wyróżnione. Ciekawi mnie Wasza (jak najbardziej krytyczna) opinia na jego temat - piszcie proszę, co jest w nim złe, nie to, co się spodobało. Niemniej wszelkie komentarze - woda na młyn młodego autora - są mile widziane.